Mamy szczęście pracować z człowiekiem, który zna kuchnię od przysłowiowej podszewki. A jeśli czegoś jeszcze nie spróbował, chętnie się za to zabiera. Poza sushi, polowaniem na dziczyznę, bo nie zabija zwierzątek i pieczeniem ciast, bo na tym z kolei kompletnie się nie zna.

Jednak pisanie o czyjejś pasji, doświadczeniach i przeżyciach nie jest łatwe. Dlatego oddamy głos naszemu szefowi-specjaliście.

 

My: Kiedy zaczęła się Twoja kuchenna przygoda?

 

Krystian: Pierwsze kroki w gotowaniu zacząłem stawiać już w przedszkolu. Ale to nie było gotowanie na niby, z piasku i błota, ale prawdziwe, najnormalniejsze gotowanie w domu. Bardzo mocno pomagałem mamie, gotowaliśmy i dla nas i dla chorej babci. Ukochana babcia leżała sparaliżowana, więc musiałem bardzo szybko nauczyć się o nią starać, jak ona kiedyś starała się o mnie, wychowując mnie wedle swojej najlepszej wiedzy i umiejętności. Kiedyś babcia, która pochodziła z bardzo biednej, góralskie rodziny, uczyła mnie, jak wykorzystać każdy, dosłownie, składnik. Babcia nauczyła mnie szacunku do jedzenia i twórczego wykorzystania wszystkiego, co się ma pod ręką.

Nim załapałem bakcyla gotowania, babcię sparaliżowało. I sytuacja zmusiła mnie do zmiany światopoglądu i przeistoczenie się w kogoś, kto musi sobie radzić. W tym i w kuchni. Wracałem ze szkoły i nie było "zlituj się" - babcia była na specjalnej diecie, wymagała regularnych posiłków. Mama często była w pracy wtedy, gdy babcia jeść już musiała. Więc zacząłem gotować.

Frajdą było mieć 6 lat i umieć poszczycić się przed całą rodziną autorską zapiekaną z ziemniaków (której daleko było do ideału, ale wszyscy zjedli ją z zachwytem i wielką odwagą).

Oczywiście, babcia pomagała mi na początku (gdy jeszcze chodziła, a i potem, leżąc w łóżku, udzielała mi wskazówek) w najtrudniejszych kwestiach, np. wstawianiu ciężkiej brytfanny do pieca opalanego drewnem, tzw. trąby, czy w przyprawianiu lub podawaniu czasu gotowania danej potrawy. Stąd nie przypadkiem ten artykuł zdobi urocze zdjęcie retro - nie moje wprawdzie, bo tak stary nie jestem, ale oddające w pełni klimat tamtych czasów i mój niezwykły kontakt z babcią.

 

 

 

My: Co potrafiłeś przygotować jako, np. 7-latek? To czas, kiedy się idzie do szkoły. O ile pamiętamy, dla większości z nas kulinarne zdolności ograniczały się do wyjęcia z tornistra bułki, którą przygotowali nam rodzice.

 

Krystian: Kiedy miałem 7 lat, gotowałem samodzielnie przeróżne prostsze potrawy. Zupy - bez kłopotu. Drugie danie? Nie ma stresu. Leniwe pierogi, bigos, mięso przygotowywałem bez kłopotu, o ile się mamie udało je zdobyć, bo komuna mięsa dawać nie chciała, trzeba je było jej z gardła wydzierać. Przyznam, że wyrazem wielkiego zaufania dla moich talentów było to, że mama pozwalała mi samodzielnie zabierać się za przyrządzanie wtedy tak cennego mięsiwa.

 

My: Współcześni rodzice bardzo często izolują dzieci od kuchni. Znamy wiele maluchów, które kochają gotować, ale muszą bawić się w zastępniki - plastikowe warzywa, wodę z chwastami zamiast zupy. O wzięciu noża do ręki nie wspomnimy. Jak to było z Tobą?

 

Krystian: Mama i babcia pokazały mi, jak używać podstawowych kuchennych sprzętów, ale nie płakały nade mną, gdy się przypaliłem, przytarłem palce na tarce do warzyw, czy uciąłem się nożem. Wychodziły z założenia, że każde doświadczenie niesie ze sobą jakiś ból, którego nie da się uniknąć, bo inaczej cała nauka nie jest nauką. To było zupełnie niesamowite, ale nigdy, przenigdy nie usłyszałem, że mam coś zostawić, bo zniszczę produkty, o które w tamtych czasach było bardzo ciężko. Nie usłyszałem też nigdy, że się do gotowania nie nadaję. Nigdy też, za co cenię i mamę i babcię, nie powiedziały mi, że gotowanie to "babska rzecz". Właśnie przeciwnie, utwierdzały mnie w przekonaniu, że to facet powinien posiąść przynajmniej podstawy sztuki gotowania.

Wielu znajomych i sąsiadów wzdychało z zachwytem, że, mając 7 lat, potrafię prosto ukroić chleb, czy przeciąć bułkę na pół. Ludzie! Ja już wtedy szykowałem dla babci 3 posiłki dziennie. A oni tu bułkę chwalili.

 

My: Jak dalej potoczyła się Twoja kariera gotującego?

 

Krystian: Nietrudno sobie wyobrazić, jaką szkołę wybrałem. Co tam przeszedłem, to moje. To była najnudniejsza szkoła w całej galaktyce. Co się tam działo, pisywałem w części jednego z odcinków Kuchennego Inkwizytora, którym się samozwańczo obwołałem - możesz przeczytać o nim TUTAJ. Technikum gastronomiczne z początku lat 90-tych XX wieku to był prawdziwy relikt komunizmu. Wiedza archaiczna, książki, które mógł pisać Tyranozaur Rex, królowała niezmiennie kuchnia polska - nie ta dobra, a PRL-owska. Ale z drugiej strony to była genialna kwestia, bo zyskałem podstawy fachowej wiedzy. Powoli pojawiały się podręczniki i przedmioty dotyczące technologii kulinarnych, makro- i mikrobiologii, podstaw żywienia. To było starcie starego z nowym. Nie wiem, jak ktoś, kto tego wszystkiego nie zna, jest w stanie sprzedawać naczynia, noże, patelnie i doradzać ich wybór.

Byliśmy elitą w świecie szkół kulinarnych. To były ostatnie lata, gdy zdobywało się podwójną specjalizację. Mając 19-20 lat mieliśmy w swoje branży takie uprawnienia, jak magister inżynier w wieku 30 lat i po 2 stażach. Program był morderczy, że wspomnę, np., o chemii na poziomie akademickim.

Po skończeniu tej szkoły mogłem robić wszystko, co tylko wiąże się z gastronomią. Mogłem zostać dietetykiem, intendentem, szefem kuchni, specjalistą od wyposażania restauracji i hoteli, itd. 5 lat nadzwyczaj trudnej nauki otwarło przede mną niezwykłe możliwości.

Przed maturą musieliśmy napisać i obronić pracę dyplomową. Po tym wszystkim matura to była majówka.

 

My: Wiemy, że po szkole trafiłeś tam, gdzie trafiało niewielu. Opowiedz o tym doświadczeniu.

 

Krystian: Niedługo później miałem szansę pracować w Warszawie i gotować dla głów państwa. To było kompletnie odmienne doświadczenie od gotowania codziennie dla 200 osób. Obiady serwowane 8-10 prominentom były bardziej stresujące, niż obsługa olbrzymich bankietów. Klientela była specyficzna, a sprzęt kuchenny naprawdę doskonałej klasy. Tam się nie liczyły pieniądze i koszty.

I to, chyba, ukształtowało we mnie postanowienie, że, jeśli kupować coś do kuchni, to musi to być sprzęt najwyższej jakości. Na własne oczy widziałem, jak można udoskonalić albo i zniszczyć potrawę świetnym lub nędzny sprzętem. Wtedy zacząłem z pasją badać najróżniejsze technologie kuchenne. I tak zaczęła się przygoda z Internetem i naszym pierwszym sklepem SmakProstoty.pl

Później pojawił się autorski, specjalistyczny sklep ZeliwneNaczynia.pl, a za nim PrestiżowaKuchnia. Resztę już znacie.

Ok. Koniec wywiadu! Wracać do roboty! :)

 

My: Yes, boss. Zmiatamy.

 

 

Z przyjemnością raz po raz słuchający historii naszego Specjalisty zespół sklepu PrestiżowaKuchnia.pl

Zdjęcia: DepositPhotos